Opakowanie Nivea BB Cream patrzyło na mnie z półki niczym obietnice wyborcze z ulotki leżącej pod drzwiami. Niska cena (ok 15 zł za 50 ml) plus estetyczny wygląd prosiły, by je przygarnąć, więc z zaufaniem wyciągnęłam rękę po tubkę, która nie dość, że dla profesjonalnego efektu ubrana była w tekturowe pudełeczko, to jeszcze głosiła, iż potrafi połączyć niebo z ziemią oraz sprawić, by ogień krzepł i blask ciemniał - co z resztą po wypróbowaniu owego kosmetycznego "cudu" nastąpiło. Ale nie uprzedzajmy faktów. Początek złego, jak wiadomo, jest miły i tak właśnie wspominam pierwsze użycie kremo - podkładu Nivea (bo nazwanie tonującego kremu "BB" jest jednak przesadą). Wiedziona przez markowe zaślepienie, zainteresowana nowością, funkcjonalnością i poręcznością tubki oraz równie markowym, niveowatym zapachem (bardzo przyjemnym), nie zauważyłam pomarańczowego odcienia produktu, tylko z uśmiechem naniosłam trochę gęstawego czegoś na twarz, spodziewając się wiosennego, rozświetlającego efektu. Promienność jednak okazała się jedynie marzeniem, ulotnym jak obietnice producenta. Krem, który zamiast: 1. nawilżać - wywołał uczucie które mogę porównać do spływającego makijażu podczas upalnego lata w mieście, 2. tuszować - poukrywał, to fakt, tyle, że nie niedoskonałości, a resztki mojego naturalnie jasnego odcienia skóry (mimo, że użyłam wersji "dla cery jasnej"), 3. - wyrównywać - spowodował, że po kilkunastu minutach od nałożenia wyglądałam jakbym miała na sobie kilka warstw pozrywanej i zrolowanej w kilku miejscach "tapety" o odcieniu starej, wyblakłej pomarańczy, 4. chronić - dał wrażenie zanieczyszczenia i wywołał natręctwa w postaci chęci jak najszybszego użycia mydła i ciepłej wody... Wszystko to jednak jeszcze nic w porównaniu do obietnicy nr 5, która, niczym znane perfumy o tym numerze, przebiła wszystko, o czym wspomniałam wcześniej. Owa piątka to wisienka na torcie obietnic, prześmiewcza realizacja czegoś, na co liczyłam zaopatrując się na wiosnę w teoretycznie lekki, przyjemny, ale jednocześnie upiększający krem, który zastąpić miał zimowe otuliny z ciężkiego podkładu. Owa piątka to obiecywane "rozświetlenie" - zapowiedź pierwszych promieni słońca, wiosennego, świeżego wiatru na twarzy, lekkości, cery jeszcze nie opalonej, jeszcze delikatnej, dopiero co budzącej się do życia... Tak miało być. Jednak po użyciu kremu Nivea BB Cream zamiast mojej cery, z pięknego snu obudziłam się ja. Obudziłam się z twarzą pomarańczową jak po nienaturalnym solarium, zmęczoną jak po upojnej nocy, rozczarowaną jak po ogłoszeniu wyników wyborów. Wiosenne rozświetlenie obiecywane przez producenta okazało się taką samą bzdurą jak wieści o globalnym ociepleniu, które właśnie widać za oknem. No cóż, jedyne, co mogę przyznać, to fakt, że Nivea BB Cream idealnie wpisuje się w tegoroczną "wiosnę" i jej estetykę. Takiej zimy nie chce nikt - podobnie jak mojego kremu, który stoi sobie na półce i pewnie postoi tam jeszcze długo - co najmniej tak długo jak wiosenny śnieg na moim podwórku. Brrr!